czwartek, 15 maja 2008

rankingow niezmiennie ciag dalszy

Chwalebne media rankinguja dalej. Narzekalam na brak Europejczykow w Timie, no to mamy swoj. Prestizowy miesiecznik (bardzo) Home & Market oglosil ranking najbardziej wplywowych kobiet w Polsce. Wsrod nagrodzonych m.in. Natasza Urbanska, Ewa Pacula. Buaahahahaha. Powinny dostac jeszcze odpowiednie statuetki, w modzie caly czas nazwy bóstw (cezary, oskary, ostatnio nawet hermesa znalazlam) i zwierząt (orly, gazele).

poniedziałek, 12 maja 2008

rankingi

Time opublikował coroczny ranking 100 najbardziej wpływowych osób. Wśród wymienionych Europejczyków jak na lekarstwo: Rem Koolhaas, architekt holenderskiego pochodzenia, właściwie obywatel świata, Tony Blair, ale jako „leaders & revolutionaries” ale wśród „heroes and pioneers”, jako peacemaker (a może bardziej jako autor „Cool Britania”). Poza tym jeszcze Radiohead za zerwanie z tradycyjnym modelem biznesu muzycznego, Neelie Kroes, komisarz ds. konkurencji UE, Karl Lagerfeld, Carine Roitfeld, szefowa francuskiego Vogue (bardziej wpływowa od Anny Wintour?). To mało jak na setkę nazwisk. Ranking budowany z punktu widzenia amerykańskiego mocarstwa czy po porstu jesteśmy poza nawiasem uwagi? Oczy Ameryki nie są zwrócone na Europę to jasne, ale ranking nie budzi zaufania. Każdy z bohaterów opisany jest przez inną sławną osobę, To w Time’ie tradycja. Co z tego, jak każdy opis jest panegirykiem bez krzty obiektywizmu. Berlusconi piszący pean na cześć Busha. Mąż stanu od siedmiu boleści. Bill Clinton dla Blaira, George Clooney dla Angeliny i Brata, Michelle Obama dla Oprah Winfrey, Marc Jacobs dla Takashi Murakami, Desmond Tutu o Peterze Gabrielu. Towarzystwo wzajemnej adoracji.

czwartek, 8 maja 2008

Kea jest zielona jest zielona jest zielona

Za falochronem łapczywe meltemi wyżarło kawałek powierzchni odkrywając nagie skały. Pradawne wybuchy wytrąciły siarkę i zabarwiły je na zielono. Teraz wyglądają w przekroju jak tort pistacjowy. Meltemi nadchodzi z północy niczym barbarzyńca, zziębnięty, pędzący znad Morza Czarnego wprost na greckie delicje. Z daleka wyciąga skostniałe palce i rzeźbi jęzorem smugi na torcie. Od dołu, by bogowie z góry nie spostrzegli spustoszenia. Omija zręcznie kwarcowe, migdałowe bakalie.



Stolica Key, Ioulis położona jest na kilkuset metrach. Ma morelowe domki i łososiowe dachy. Jest wyrafinowanie włoska, ma weneckie kastro, ratusz neorenesansowy i wille włoskie na zboczach (po definicję włoskiej willi odsyłam do Palladia). Do miasta wchodzi się od skalistego wybrzeża, ale uciec można tylną furtką napotykając wąską ścieżkę biegnąca do raju. Pejzaż zaczyna radośnie wrzeszczeć zielenią. Sady oliwkowe i gaje migdałowe, tarasy lekko zdziczałe, zachowały kształt ale pokryły się dywanem rumianków i powojników. Bielone mury wiejskiego cmentarza ze ścianą czarnozielonych cyprysów. Wąska ścieżka biegnie do archaicznej rzeźby śmiejącego się lwa, ale natura przyćmiła kulturę. Zachłyśnięcie się formami natury jest zaraźliwe. Robię zdjęcia W. i S. ( to już nie flora, to fauna :p). W. ćwiczy makrofotografię, pochylając się nad kolejnym sukulentem. Wyglądają ze S. jak doświadczeni adepci botaniki. Brakuje im siatek na motyle i retro kapeluszy. A ja po raz kolejny odkrywam, że sztuka jest wtórna, Jestem w samym środku impresjonizmu w czystej postaci.







środa, 7 maja 2008

cyklady c.d.

Kythnos

Świetność starego portu jest niemal niedostrzegalna ludzkim okiem. Mam wzrok starego historyka sztuki. Więc kiedy ginie architektura, jej ślady zdradzają mi stare drzewa. W Polsce miejsca dworów znaczą zdziczałe buki czerwonolistne. W Grecji tamaryszki rosną chyba też na dziko, ale te na Kythnos rosły wzdłuż plaży, właściwie cudem, ciągnąc wodę wprost z morza. Pobielone, na oko dwustuletnie. Kythnos rozwinęło się w XVIII jako kurort leczący egzemy i podagry. Trzęsienie ziemi zniszczyło baseny, gorące źródło z cennym żelazem wycieka wprost do morza. Pobliski hotel spa w typowej greckiej architekturze jest bezwiekowy, bez detali również dobrze mógłby powstać teraz jak dwa stulecia temu.

Kythnos, mimo początku sezonu, przesycone jest senną atmosferą. Bezruch starego uzdrowiska, jak z Czarodziejskiej Góry.

Tinos

Niedziela Wielkanocna. W piekarniach sprzedaje się chleby z zapieczonym jajkiem w czerwonej skorupce. W cerkwi słynącej z cudownego obrazu stoją ikony zakute w srebrne sukienki. Całe wnętrze cerkwi najeżone jest srebrnymi votami niczym mały arsenał, piętrzą się złożone w ofierze srebrne nogi, ręce, biusty. Powtarzają się często statki i kołyski. Odtworzone z detalami, pieczołowite. Filigran – arabska sztuka tkliwości.

Tinos ma duszę grecką ale serce weneckie. Świątynia powtarza w ludowy sposób fasadę katedry Św. Marka. Portowe kamienice odbijają wody zatoki w weneckich oknach (znaczy takich do podłogi).

Delos

Mityczne miejsce urodzin Apollina, najważniejsza po delfickiej wyrocznia w Helladzie. Siedziba słynnych kamiennych lwów, ale opanowana przez jaszczurki i polne maki, poświęcone bogini Demeter. Jedne i drugie dodają symboliki, starość i bezruch gada i wieczny sen (Now I lay me down to sleep Pray the lord my soul to keep If I die before I wake Pray the lord my soul to take). Początek maja na Delos to jak nasz koniec lipca. Prozerpina niestety już pakuje walizki.



Syros

1 maja w Grecji. Flagi państwowe i narodowe melodie ryczące z głośnika na pustym placu przed klasycystycznym ratuszem. Wyludnione miasto Ermopolis, największe na Cykladach.

Sounion

Świątynia na samym cyplu Attyki. Skalny taras widokowy dla doglądającego pańskim okiem boga mórz. Zatoczka z kotwicowiskiem jest pewniakiem dla amatorów kąpieli. Wiatr wwiewa do płytkiej zatoki górne warstwy wody, gwarantując temperaturę wyższą niż gdziekolwiek indziej.

poniedziałek, 5 maja 2008

mykonos

Oczywiste jest piękno Mykonos. I jak każde, łatwe w odbiorze, ulega komercjalizacji. Typowa ( stereotypowa?) architektura chory, poprzetykana wiatrakami. Wymaga wysiłku, by spojrzeć na wyspę inaczej, niż jak na setną kopię tej samej pocztówki czy reklamę „Visit Greece” na BBC Chanel. Więc kombinuję: mondrianowskie połączenie bieli muru, błękitu nieba skontrastowane z czerwienią nasady ramion. Pooddzielane, wzorem mistrza, szprychami skrzydeł. Tylko pion z poziomem się zatraca, obracany wiatrem o kilka stopni w prawo lub w lewo.



Maskotką miasta jest pelikan (kolejne pokolenie, pierwowzór stoi wypchany w muzeum). Zwierzęta z trudem się banalizują. Dlatego nigdy nie mam dość fotografowania obdarzonych naturalnym wdziękiem greckich kotów i akropolskich psów cwaniaków.
Pelikan urzęduje na trasie między chorą a przystanią dla promów. Droga działka, atrakcyjna. Ma do dyspozycji odwróconą łódź, niczym własne atelier. Jako tło służą maszty jachtów. Pozuje: czyści pióra, stroi miny. Patrzy: „ tak, wiem, co zrobić, takie czasy. Rybacy też porzucili stary biznes na rzecz turystyki. Wiatraki nie mielą już zboża, a ryby łowi flota japońska.” I poczłapał za winkiel.



Kiedyś pelikan był symbolem Chrystusa, poświęcenia i ofiary z samego siebie. Zgodnie z legendą, że w chwili braku pokarmu, samica pelikana rozrywa swe piersi by nakarmić młode. Takie tam stare opowieści, zbyt pretensjonalne jak na nasze czasy. Zabobony, dlatego pelikan się nimi nie chwali, tak jak starzy rybacy nie opowiadają już historii o dawnych wyprawach i zaplątanych w sieci nereidach i lamiach. Historie do lamusa. W pobliskiej dzielnicy artystów turyści piją do samego rana. Bulwar nadmorski zwany „małą Wenecją” jest bardzo subtelną rysą kolonizacji wyspy, podobnie ruiny kastro.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Inwazja barbarzyńców

Polacy wyjeżdżają na majówkę. Rubaszny dowcip turysty. Urlop, to musi być wesoło, nie?Nieważny dowcip (franc. esprit ;-D) , ważne żeby rechotać. Natura Polaka - być duszą towarzystwa. Wszystko jest powodem do taniego żartu. Tani żart, tanie dżinsy. Koszula w spodniach i pasek powyżej pępka. Turystyczny szyk, polski sznyt. Polacy się bratają , między sobą, między pokoleniowo. Gimnazjalne szczeniaki czują się dorosłe, naśladując swoich prymitywnych starych. Lecimy wszyscy razem, bezcześcić turystycznie Grecję.

W Polsce wiosna się zaczyna

Wiosna w polskiej rzeczywistości jest koherentna z jesienią. Łączy je porażenie brzydotą. Jesienią opadające liście rozbierają polski krajobraz ukazującą wszechpanującą szpetotę podwórek: narośla śmieci i liszaje rdzy na siatkach.
Wiosna ogałaca przechodniów z ubrań. W tramwajach w rozpiętych jesionkach pocą się stare ciała. Wylewają się z ubrań, za ciasnych po sezonie, połyskują nylonem blade łydki, niemal gombrowiczowskie.

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

avant garden



ewidentnie ostatnio bardziej chce mi sie patrzec i sluchac niz mówić i pisać ;-)))wiosna? albo praca, odreagowywanie - bo slowo piękno nie istnieje w swiadomosci marketerow ( istnieją bardziej przystępne okreslenia jak dizajn, czy visual identity)



patrzenie mnie definiuje najbardziej, bez wątpliwosci.

piątek, 18 kwietnia 2008

qotsa

stary sen z przed roku, musialam miec qotse w podswiadomosci: Sniły mi sie łosie, moze to symptom zblizajacych sie swiat? Rownie dobrze mogłam je wziac za renifery, wygladaly podobnie, a w snie wszystko definiuje przez nazwy, wiesz ze cos jest czyms, choc moze tak nie wygladac. . Łosie nie byly przyjazne, goniły mnie po całym miescie, biorąc odwet za wszystich mysliwych, po miescie brnełam w kaloszach po wodzie. Wyglądało jak podsuszona Wenecja, a ja jakbym biegła kanałami z resztkiami wody, było piękne zimowe słonce. Jeden o mało co mnie nie dopadł: próbowałam przejśc przez ogrodzenie z siatki, po myslalam ze łoś go nie sforsuje, ale guzik, jeszcze się zaplatałam w drut kolczasty. Nie tylko łosie były złosliwe i wstrętne w tym snie, ja równiez, udało mi sie z pomocą jakiś mężczyzn je złapać; trzymałam je potem w metalowych klatkach w piwnicy, takich konczących się na wysokości szyi, wystawały więc im same głowy. typowo dla mojego snienia łosie przekształciły się w zwykłe kobiety, i staly takie biedne w wąskich drucianych klatkach z wystającymi głowami.



i jeden z ladniejszych klipów tak w ogole:



I want something good to die for
To make it beautiful to live.
I want a new mistake, lose is more than hesitate


i jeden z piękniejszych koncertów tak w ogole to też, chociaz minęlo ze 4 lata.

wtorek, 15 kwietnia 2008

Analogowa wersja świata

Koncert w Lolku. Waglewski z Borutą Łęczyckim w ramach Luzz Fest (fajnie opakowana promocja klubu, P., specjalnie dla Ciebie i Twojej P. marketing szeptany na Web 2.0)

Wizualki zrobione za pomocą starych projektorów i akwareli. Niczym studio szalonego wynalazcy z lat 30. Bąblaste formy komórkowców markujące sylwetki muzyków na ścianach. Robił się z tego animowany (w rytm stukającej nogi Waglewskiego) dynamiczny rysunek tuszem.



Właściwie klip jest mocno pretensjonalny, zwłaszcza ta pseudohiszpańska tancerka, momentami irytująca. Wolałabym Maleńczuka w roli torreadora. A Waglewski miszcz w formie i tresci!

wtorek, 8 kwietnia 2008

wiosna

Slońce i fala zimnego powietrza ożywila twarze warszawiakow, zarozowila im policzki nadajac niewinny wyraz twarzy. Dziecięce buzie starszych ludzi.



U mnie jak w RMFie, zawsze dobra muzyka. I idealnie pasuje na rower: And we'll collect the moments one by one. I guess that's how the future's done oh o-o-o-o

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

I don't fucking care who the fuck fucks who, really.

To tyle a propos konwersacji w dniu dziejszym o pudelkach srelkach (parafrazując Majchrzaka). Brutalizacja jezyka jest konsekwencją brutalizacji rzeczywistosci. A co z moją konsekwencją w operowaniu slowem i krytykowaniu innych za nadużywaniu wulgaryzmów? Podlega to zasadzie "zaklócania porządku"?

niedziela, 6 kwietnia 2008

Wschód

Pojawiła się w księgarniach ciekawa książka o wyobrażeniach Wschodniej Europy, dokładnie Bałkanów w oczach zachodnich podróżników. Na pewno znajdzie się kilka ciekawych historii do przeklejenia do bloga. Mnie się natomiast przypomina opowieść Wolfganga Buchnera jak przemierzał na piechotę drogę z Berlina do Moskwy i spotykani miejscowi „wschód” zamieszczali zawsze ciut dalej na wschodzie. Wschód jako symbol zacofania,. Dla Niemców z byłego RFN-u są Ossie, dla tychże Polacy, dla Poznaniaków wschód jest od Warszawy, potem „ściana wschodnia” czyli ci co to zawsze na komuchów głosują i irytują postępowych Polaków, a na saksy na zachód jeżdzą. Dla Polaków, Białoruś i Ukraina, dla Lwiowiaków: Donieck i wyborcy Janukowycza, i tak dalej i tak dalej.

srające koty

Obsceniczność, jako nowa kategoria kulturowa? Nie, nie nowa, ale zyskuje na popularności. Sesja srającego kota jako wiadomość dnia na blogu A. (ups, powinnam napisać „defekującego”), M. wyszukujący wulgarne słowa opisujące brzydkie dziewczyny. Obscena, rynsztok, pornografia. A sprośność, nieobyczajność to słowa ze słownika prababci. Tymczasem kocham obsceny, prowokacje, które mają na celu zakłócenie porządku, a nie są normą. Mój ukochany artysta, Cy Twombly, dla którego nauczyłam się niemieckiego (niemiecki też bywa obsceniczny ;p)* jest obsceniczny, jest cielesny, do bólu, wręcz mięsny, smaruje obrazy farbą naśladując wydzieliny ciała i bazgroli na fragmentach malutkie penisy i wulgarne napisy. Niczym w miejskim toaletach ( notabene tego typu rysunki znajdowano w rzymskich łaźniach publicznych). Ale to zabawa zakamuflowana, bo obsceniczność zakłada spojrzenia ukradkiem, przymrużone oczy (z żartu lub rozkoszy) i uśmiech zawstydzenia. Wstyd to tez fajna kategoria poznawcza, nie mylić z poczuciem zażenowania.


*(jedyna o nim książka w bibliotece instytutowej, za to bite 600 stron. Jak Neo podczas nauki kung -fu, przeczytałam ją za jednym zamachem, wstałam i powiedziałam: „znam niemiecki”)



Obraz zatytułowany "wenus". Jeżeli chodzi o interpretacje tego obrazu to dla mnie oczywista oczywistosc: kobiecosc na poziomie cielesnym.



I jeszcze "Leda z labędziem", obraz na którym od energii i ferworu walki, albo mocowania się az pióra lecą ;-)

czwartek, 3 kwietnia 2008

Zaha Hadid w Warszawie

Mo sie zagapila bo to troche odgrzewany news (nawet raperzy pisza na blogach)ale bedziemy miec w Warszawie budynek Zahy Hadid. Zatem kolejna gwiazda architektury w Polsce. Wieżowiec troche jak żagiel, choć bardziej jak ogorek morski, ale tak czy inaczej z wodą z się kojarzy. Moze dzięki temu W. lepiej sie poczuje w Warszawie.


piątek, 28 marca 2008

zoo cd

"Warszawski ogród zoologiczny obchodzi 80. rocznicę powstania. Z tej okazji w Pałacu Prymasowskim Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz złożyła wszystkim pracownikom tej instytucji najlepsze życzenia"

... w wiedenskim zoo produkuja maskotki mrowkojadow, krokodyli, ibisów, flamingow, nietoperzy i wilkow. Wszystkie przeslodkie, do wyboru do koloru. Nowonarodzonemu pandziątku zrobiono taką reklamę, że trzeba stać w kolejce, żeby obejrzeć zwierzątko ( godziny wizyt są restrykcyjne). Berlin ze swojego Knuta zrobil nowy symbol miasta.....a u nas z okazji 80.lecia uscisk dloni i cieple slowo Pani Wladzy. Brawo. Po 20 latach chyba wiele sie nie zmienilo.

wtorek, 25 marca 2008

zoo

Dość grafomanskich analiz i metafor, prosta historia z wiedeńskiego zoo, wlasciwie historia milosna: Ona go iska, pieści, masuje, czasem po nim łazi a czasem po prostu jest. Za to on ją nosi na rękach, tfu właściwie na grzbiecie. Wbrew schematom i ogólnie panującej tendencji, żeby wybierać podobnych sobie.

Może też być jak z Ezopa: była sobie raz małpa (że niby wredna?) i kozioł (że niby głupi? albo jak cap, kierowany przez chucie i żądze ;-P) ....



poniedziałek, 24 marca 2008

Melk

Rzemiosło w służbie Kościoła i nowe media w służbie idei. Słowem (sic!), wystawa multimedialna w opactwie w Melku. Przechodzącego z sali do sali zwiedzającego witają szmery i szepty życia klasztornego. Śpiewy polifoniczne w salach z artefaktami średniowiecznymi. Potem figura Chrystusa, w duchu włoskiego ducenta z surową, mongolską twarzą Jesusa, tak piękna, że wyeksponowana w osobnej Sali, ascetycznej jak ona sama. A potem po przekroczeniu progu, zaczyna rozbrzmiewać koncert organowy i w lustrzanych ścianach odbijają się tysiące złotych płatków, oblepiających siedemnastowieczne monstrancje, kielichy i ornaty. Teksty, słowa, wyrazy, na ścianach na lustrach, na drzwiach, wyświetlane z projektorów, nierealne – rzucające tylko cień, albo odbijające się na twarzach zwiedzających – przypominają, że pracą benedyktyńskich skrybów było słowo. Ora et labora? Raczej lecta ergo oro. (Biblioteka w klasztorze, jeden z piękniejszych zbiorów, też zobowiązuje).

niedziela, 23 marca 2008

Melk. Wystawa pokazujące historię opactwa benedyktynów (to stąd pochodzil Adso, mlody mnich z Imienia Róży), dzis zdjęcia, a więcej wkrótce, bo wystawa oczarowywuje i wymaga czasu na werbalizacje wrażenia.







sobota, 22 marca 2008

Etiuda

Trwa wystawa w Luwrze pokazująca mit Babilonu w kulturze nowożytnej Europy. Stereotypowe wyobrażenie nierządnicy babilońskiej i symbol zepsucia kontra stan faktyczny: archeologiczne świadectwa potęgi i gryfy z bramy Isztar. Warte zobaczenia, bo uświadamia istnienie „wyobrażenia”, które staje się elementem kulturowym. „Wyobrażenie” jako element budowania tradycji kontra paradygmat oryginalności. „Make it real”, „make it orginal”, hiperrzeczywiostość jak z książek Baudillarda. W czasie zwiedzania Partenonu, miesiąc temu zostałam zaatakowana przez towarzyszy powinnością oryginalności. Akropol cały w rusztowaniach, a im się marzy pełna rekonstrukcja w kształcie z czasów Peryklesa. Oślepiła by ich jaskrawość kolorów. Nikt nie pamięta, nie nosimy tego w pamięci kulturowej (nawet ci, po h.s.), że świątynie greckie, posągi były kiedyś jaskrawo malowane. Ich pełna rekonstrukcja byłaby zamachem na 2000 lat tradycji. Pozbawieni świadomości hiperrealiści na wakacjach w Grecji żądają dosłowności. A Akropol odbudowuje się w kształcie z pocz. XIX w. (zwiedzający muskają wzrokiem datę, obojętnie, nic sobie nie robiąc z tego że stoi za nią dziesiątki lat dyskursu muzealników).

Polacy czekają na samoloty: czytają, piszą zaległe smsy, patrzą nieruchomo przed siebie, czasem rozmawiają tylko ze znajomymi), obserwują innych (obcych, choć rzadko, teraz mnie). Czas inbetween, luka nieprzewidziana więc niezagospodarowana, nuda z którą czujemy się źle.

Czekając, próbuję przybrać minę obojętną. Ukryć ekscytację wyjazdem, udać znudzonego rutyną podróżnego, który do lotów samolotów podchodzi jak do jazdy tramwajem. Coś jest na rzeczy, wracając w dzieciństwie w pierwszych dniach września od babci, przez Warszawę, patrzyłam z zazdrością na miejsko ubranych warszawiaków na przystankach tramwajowych, ze znudzeniem chowających się przed deszczem. Marzyłam by kiedyś miasto stało się dla mnie takim samym tłem codzienności, rzeczywistością na tyle powszechną, że niezauważalną.

Zgubił się gdzieś obserwujący mnie od kilku minut przystojny 50-latek. Złapałam się na tym, że szukam go wzrokiem ( Znalazł się, udał się na spacer by przypadkiem zerknąć mi przez ramię, co takiego zapisuje na fragmentach gazety).